czwartek, 28 kwietnia 2016

Wieczór pełen wrażeń (cz.2)

W momencie przysłowiowego przyparcia do muru, uświadomiłam sobie w jak złej sytuacji się znalazłam. Czułam się pewnie dopóki był ze mną Diego. Wiedziałam wtedy, że co by się nie działo, on mnie ochroni. Ewentualnie, gdyby zawiódł, mógł wezwać pomoc. Tatuś zaraz wysłałby swoich ludzi, którzy bez problemu odnaleźliby mnie po nadajniku w moim kolczyku. W każdym razie, byłam bezpieczna i wiedziałam, że  nikt mnie nie skrzywdzi.
Teraz byłam skazana na Nuana, na to co planował dalej zrobić i jakie miał wobec mnie zamiary. Nie wiedziałam czego chciał. A raczej... Wiedziałam, ale nie wiedziałam jak wiele był w stanie zrobić, by to osiągnąć. Choć miałam przeczucie, że posunąłby się do wielu czynów, mniej lub bardziej humanitarnych, a ja niewiele mogłabym zdziałać w samoobronie. Mężczyzna był ode mnie starszy, silniejszy, bardziej przebiegły. A co najważniejsze, był nieobliczalny. I to przerażało mnie najbardziej.
- Lissë. Mam na imię Lissë - wyszeptałam, wbijając spojrzenie w nasze splecione dłonie. Odczułam ulgę, kiedy odsunął się ode mnie i dał mi nieco przestrzeni, bym mogła ochłonąć i uspokoić nieco nerwy. Choć byłam równocześnie zdziwiona, że nie wykorzystał sytuacji, kiedy nie mogłam się przed nim obronić. Może źle go oceniłam? Może nie był takim draniem za jakiego go miałam? Draniem, który brał wszystko to na co miał ochotę, nie zważając przy tym uwagi czy druga strona chciała tego samego.
- Uroczo - mruknął Nuan, uśmiechając się w ten swój charakterystyczny, pełen kpiny sposób.
Uznając najwyraźniej, że poznanie  mojego imienia jest równoznaczne z moją zgodą, mężczyzna pociągnął mnie za sobą, udając się w kierunku restauracji. Zacisnęłam mocniej palce na jego dłoni, paradoksalnie czując się bezpieczniej. Nawet jeśli to on stanowił dla mnie największe zagrożenie.
Weszliśmy do przestronnego bogato zdobionego holu. Na wejściu powitał nas jasnowłosy recepcjonista, do którego twarzy przylepiony był sztuczny uśmiech. Psuło to cały efekt, który chciano uzyskać, by dopasować pracowników do wnętrza restauracji. Ta cała sztuczność w żaden sposób nie współgrała z jasną nienaganną fryzurą i idealnie dopasowanym frakiem, pod którym mimo wszystko można dostrzec było smukłą, atletyczną sylwetkę. Nie wiem  na jakiej zasadzie wybierali pracowników, ale chyba musieli być idealni.
- Rezerwacja na nazwisko Clerwill - powiedział mój towarzysz, podając recepcjoniście kilka banknotów o wysokim nominale. Uniosłam wysoko brwi, starając się tego w żaden sposób nie skomentować. Czy on wszystko musiał załatwić w taki sposób? Rzucić na blat kilka stów czy tysięcy i dostanie zaraz dostęp do najlepszych restauracji, klubów lub sypialni najładniejszych kobiet. Bez trudu, niepotrzebnego wysiłku, ma wszystko czego zapragnie. Trochę zazdrościłam mu tej samowoli, ale może to dlatego, że był ode mnie starszy.
Jasnowłosy przyjął pieniądze, informując nas, że nazwisko widnieje na liście. Oczywiście. W końcu nie mogło być inaczej. Zaraz podeszła do nas kelnerka i zaprowadziła do najbliższego wolnego stolika. Gdy usiedliśmy, podała nam karty z menu i odeszła, rzucając jeszcze kilka zalotnych spojrzeń Nuanowi. Westchnęłam ciężko przeczuwając, że możemy mieć nadgorliwą obsługę tego wieczora. Co też miało swoje dobre strony. Mężczyzna nie wykona w moją stronę żadnego poważniejszego ruchu, nie złamie regulaminu, a gdy zwróci uwagę na atrakcyjną kelnerkę, ja mogę wykorzystać ten moment, by poszukać telefonu i zadzwonić do tatusia. Plan wręcz idealny.
Rozejrzałam się po otoczeniu z ciekawością. Musiałam przyznać, że mężczyzna miał naprawdę dobry gust. Miejsce, które wybrał miało ogromną klasę. Nie było tu nadmiernego przepychu, wszystkie elementy wystroju były jasne, minimalistyczne i mimo to, dało się odczuć tu tę charakterystyczną aurę elity. Pachniało bogactwem i pychą.
- Lissë, co robisz prócz pracy w agencji? Studiujesz? - zwrócił moją uwagę Nuan, wpatrując się we mnie przenikliwym wzrokiem, jakby mógł przeszyć nim na wskroś moją duszę i dowiedzieć się o mnie wszystkiego. Poruszyłam się niespokojnie na krześle, nieco skrępowana jego zainteresowaniem.
- Nie, nie studiuję - uśmiechnęłam się zażenowana, choć nieco rozbawiona tym co powiedział. Schlebiło mi to, że uważał mnie za dojrzalszą niż w rzeczywistości byłam, zapewne będzie dla niego szokiem to, co właśnie chciałam mu powiedzieć. - Mam dopiero szesnaście lat, wciąż uczę się w liceum.
*
- A to ciekawe - rzuciłem jeszcze intensywniej przyglądając się dziewczynie. Naprawdę mógłbym przysiąc, że Lissë jest jednak starsza. Może faktycznie fizycznie wyglądała na młodziutką, szczególnie, że była szczuplutka, ale mądre oczka wskazywać by mogły na większe doświadczenie życiowe. Poza tym kto normalny pomyślałby, że tak młodziutka osoba nie tylko będzie pracować, ale na dodatek w burdelu. To zdecydowanie tłumaczyło ochroniarza i kolczyki z pluskwą. Nie, żebym potrafił zrozumieć co też siedziało we łbach jej rodziców, którzy zgodzili się aby ich córka obracała się pośród prostytutek mając ledwie szesnaście lat. W końcu rzucenie nastolatki w miejsce, w którym pełno było napalonych facetów było czystą głupotą. Z dziwnym ukłuciem niepokoju stwierdziłem, że była to kolejna rzecz, która jakoś mi... nie pasuje, wręcz przeszkadza. Tak jak strach w oczach Lissë, tak samo wizja jej otoczonej przez śliniących się kretynów mnie kluła.
- Zdecydowali się już państwo? - spytała kelnereczka zalotnie trzepocząc rzęsami. Uśmiechała się do mnie pięknie, delikatnie wiercąc się w miejscu, zupełnie jakby to, że stoi nagle bardzo jej przeszkadzało. Ja jednak miałem inny obiekt zainteresowania i ani jej błękitne, wlepione we mnie oczy, ani spory biust opinany przez białą bluzeczkę nie sprawiły, że byłem skory wykazać jakiekolwiek zainteresowanie jej osobą.
W rezultacie zamówiłem pierwsze co wpadło mi w oko. Kiedy doszło do pytania o deser zmierzyłem swoją towarzyszkę wzrokiem, po czym zrobiłem smutną minkę mającą ukazać jak ogromny żal czułem z faktu, że ona nie chce moim deserkiem zostać... Przynajmniej jeszcze nie chce, bo miałem zamiar kręcić się wokół niej aż mi ślicznie ulegnie.
- To może ty coś dla mnie wybierzesz? Skoro jednej słodkości mi bronisz... - zwróciłem się do Lissë i sięgnąłem przez stolik po jej dłoń.
*
- Niestety, nie jestem w stanie sprostać temu zadaniu - uśmiechnęłam się rozkosznie, zaciskając palce na silnej dłoni Nuana. Pochyliłam się nieco nad stołem, jakbym chciała znaleźć się jak najbliżej mężczyzny. Tylko po to, by zaraz dodać - nie zauważyłam w ofercie lodów o smaku cyjanku.
O ile reakcją kelnerki na moje słowa, było pełne gniewu prychnięcie i lodowe szpile, które wbijała spojrzeniem w każde możliwe miejsce na moim ciele, tak Nuan zareagował zupełnie inaczej. Nie tak, jak się tego spodziewałam. Puścił moją dłoń i odchylił się na krześle, śmiejąc w głos. Śmiał się głośno, szczerze rozbawiony, patrząc na mnie przy tym z czymś na kształt... Sympatii? Spodziewałam się jakiegoś prychnięcia, mruknięcia czy ogólnego niezadowolenia. Nie wydawał mi się być osobą ze sporym dystansem do siebie. Trochę nieokrzesany i niebezpieczny. Nawet nie wiem co mi do głowy strzeliło, by próbować go sprowokować w tak głupi sposób. Zarumieniłam się po jego reakcji i nie mając co zrobić z rękoma, poprawiałam nerwowo swoje włosy.
Niezadowolona kelnerka postanowiła w końcu od nas odejść, zapisując coś w notesie z zaciętą miną. Podejrzewałam, że moje danie może mieć nieciekawy dodatek, którego istnienia nie będę w stanie udowodnić szefostwu. Ewentualnie poda mi coś, czego nie zamówiłam, łutem szczęścia licząc na to, że trafi mi się coś, czego nie lubię. Słyszałam tylko dźwięk ciężko stawianych przez nią kroków, czym okazywała jak bardzo była zirytowana, że to nie jej mężczyzna poświęcał uwagę.
- Zapytaj czy mają chociaż cykutę - mrugnął do mnie, pogłębiając tym tylko czerwień na moich policzkach. Powiedziałam o cyjanku, bo to pierwsze przyszło mi na myśl, nie rozumiałam jednak co Nuan miał na myśli wspominając akurat o tej truciźnie. Przekręciłam nieświadomie główkę i posłałam mu pytające spojrzenie, prosząc tym o wyjaśnienie. Mężczyzna zrozumiał ten niewerbalny przekaz i pospieszył z wyjaśnieniem. - Cykuta to inaczej trucizna zazdrosnych żon.
- Chcesz żebym była zazdrosna? - zaśmiałam się, przyglądając się mężczyźnie z zaciekawieniem. Może to tylko moje wyobrażenie, ale ta znajomość zmierza w ciekawym kierunku. - Poznajmy się najpierw lepiej, żebym miała podstawy do zazdrości. Co o tym myślisz?
*
- No nie wierzę - rzuciłem mierząc uważnym spojrzeniem Lisse. Zatrzymałem wzrok na chwilkę na jej ustach, wygiętych teraz w słodkim uśmiechu, po czym wróciłem do jej oczu, ciemnych i błyszczących. Nie mogłem przy tym powstrzymać uśmiechu. - Czyżbyś, nie tylko nie miała zamiaru uciec z krzykiem, ale do tego chciała zaprosić mnie na randkę?
- To zależy - odpowiedziała po chwili, a w jej oczkach zabłysły zadziorne ogniki. Właśnie to najbardziej mnie w tej dziewczynie intrygowało i urzekało... Z jednej strony rumieniła się, odsuwała, szukając dystansu i jakby się mnie obawiając. Zaraz jednak stawiała mi warunki, prowokowała mnie i jakby sprawdzała. Coraz większa miałem ochotę an to, by dłużej pograć w tę grę...
- A od czego? - znów chwyciłem jej dłoń i zacząłem lekko kciukiem pocierać wierzch jej dłoni, na co znów się zarumieniła, a zadziorny błyska jakby lekko zgasł, by ustąpić miejsca zawstydzeniu. Szybko jednak na powrót spojrzała mi w oczy, by zabrać powoli dłoń.
- Od tego czy będziesz przestrzegać zasad - stwierdziła o dziwo bardzo stanowczo.
Nie odpowiedziałem nic, a tylko posłałem jej całusa.
Rzeczą oczywistą było to, że zasady dla kogoś takiego jak ja były po to, żeby je naginać lub wręcz łamać, a ona zdecydowanie zdawała sobie z tego sprawę. I to właśnie było ciekawe. Niby się mnie obawiała i sądzę, że było we mnie sporo rzeczy które mniej lub bardziej jej nie odpowiadały, a mimo to jej ciekawość wzięła górę. Dam byłem niezmiernie ciekaw do czego to wszystko prowadziło.
Kelnereczka, wciąż łypiąca na Lisse złowrogo, przyniosła nam zamówienie. A raczej mnie, bo moja towarzyszka dostała chyba to, co najrzadziej ludzie tutaj zamawiali. Mimo to dziewczyna postanowiła, a jakże, spróbować. Nabrała nieco na widelec, zanim jednak uniosła go do ust, ponownie chwyciłem jej nadgarstek, tym razem tak, by porcja dania trafiła do moich ust.
- C-co robisz? - spytała Lisse, spłoszona nieco moim zachowaniem.
- Przyprawiam blondi o nerwicę - wymruczałem, kątem oka dostrzegając jak niebieskooka dziewczyna robi się czerwona na twarzy. Czegoś takiego się nie spodziewała, to było pewne.
- Czasami jesteś naprawdę okropny - wymsknęło się Lisse.
- Uwielbiam być okropny, stawiać na swoim i do szewskiej pasji doprowadzać tych, którzy nie rozumieją aluzji i pałętają mi się pod nogami - wyznałem zawiedziony nieco, że podane nastolatce danie nie było niczym doprawione. Trochę szkoda, bo z chęcią rozpętałbym tu małą wojnę, a tak pozostało mi tylko sprawić, żeby mojej nieproszonej adoratorce z uszu się kopciło z zazdrości. Miałem mieć przy tym niezła frajdę, bo Lisse wyglądała ślicznie z rumieńcem na buźce i z oczkami błyszczącymi ciekawością i niepewnością.
Stolik stał się dla mnie w tym momencie zdecydowanie za duży, choć dwuosobowy. Z miłą chęcią skradłbym swojej towarzyszce buziaka. Problem był taki, że przez dzielącą nas przestrzeń mogła zwyczajnie uciec, a tego naprawdę nie chciałem. Musiałem się więc ograniczyć do "przypadkowego" dotykania to jej dłoni, to znów zgrabnej łydki pod stolikiem.
- Myślałaś już Słonko nad tym, gdzie chcesz się wybrać następnym razem? - spytałem kiedy zabierano talerze, by podać nam w następnej kolejności deser. Tu oboje mieliśmy się spodziewać niespodzianki.
*
Zwlekałam z odpowiedzią, zastanawiając się nad miejscem, które naprawdę chciałabym zobaczyć. Oczywiście średnio wierzyłam, że cokolwiek z tych planów mogłoby wypalić. Nie wierzyłam w to, że mężczyzna może traktować mnie poważnie. Miał po prostu pewną zachciankę, którą chciał spełnić. Tylko, że ta zachcianka sporo mu utrudnia, bo ma nieco inne podejście do wielu spraw. Kiedy ten stan rzeczy się utrzyma przez długi czas, odwidzi mu się. Zrezygnuje, pójdzie w swoją stronę. Ale... Do tego czasu chyba mogę się rozluźnić. Pozwolić sobie na więcej tych chwil, które sprawiają, że w moim sercu ściera się ze sobą tak wiele sprzecznych ze sobą emocji.
Westchnęłam z zachwytem, kiedy postawili przed nami desery. W wielkich pucharkach, wyglądające tak smakowicie, że nadprodukcja śliny wydawała się nagle czymś zupełnie normalnym, niemożliwym do powstrzymania.
- Zawsze chciałam tego spróbować - wyznałam mojemu towarzyszowi, patrząc z uczuciem na to, co stało przed nami. Zamrożone gorące czekolady, różne odmiany, układane na sobie warstwowo, posypane jadalnym złotem, by nadać im tego charakteru bogactwa. Uśmiechnęłam się z wdzięcznością, kiedy Nuan zamienił nasze pucharki, oddając mi ten, który był odrobinę większy.
Westchnęłam raz jeszcze, biorąc łyżeczkę do dłoni, czując już na swoim języku tę smakową rozkosz, która miała zaraz nadejść. Nabrałam odrobinę deseru i wsunęłam do ust, przymykając oczy i mrucząc głośno, kiedy moje kubki smakowe zostały zaatakowane przez niewyobrażalną wręcz słodką gorycz. Rozkoszowałabym się pewnie tym deserem dalej, równie mało dyskretnie, gdybym nie zobaczyła rozbawionego spojrzenia, które posłał mi Nuan.
- Będę zaraz zazdrosny o te lody - mruknął, a moje policzki pokryły się dorodną czerwienią.
- Przepraszam - wyszeptałam, przysłaniając zaraz usta dłonią, by zahamować kolejne zachwycone reakcje, których nie kontrolowałam. Mężczyzna roześmiał się głośno, sięgając po moją rękę i odciągnął ją od mojej twarzy, cmokając z niezadowoleniem.
- Nie przepraszaj. Powiedz mi lepiej, gdzie chciałabyś pójść.
- Do zoo - wypaliłam od razu, spuszczając wzrok na zjedzony w połowie deser. Kiwnęłam potwierdzająco głową, kiedy Nuan upewnił się czy dobrze usłyszał, a ja naprawdę chciałam udać się do tak przyziemnego miejsca. Mógłby mnie zabrać wszędzie, z czego doskonale zdawałam sobie sprawę. - Nigdy nie byłam w zoo, naprawdę chciałabym zobaczyć znajdujące się tam zwierzęta.
 - Więc pójdziemy do zoo - uśmiechnął się do mnie ciemnowłosy, rozwiewając tym wszystkie wątpliwości, które zrodziły się w mojej głowie. Odwzajemniłam gest, nabierając nagle odwagi w jego towarzystwie. Może wydawał się wredny, bywał groźny i okropny, jednak dla mnie był miły. Przynajmniej do tej pory. Nawet jeśli miał gdzieś moje zasady i łamał te co bardziej niewinne.
- Otwórz usta - zamruczał Nuan, kiedy skończyłam swój deser i przyglądałam się pustemu pucharkowi ze smutkiem. Zerknęłam na niego z zaskoczeniem, chcąc odpowiedzieć mu mało wybredną ripostą, o tym jak niedorzeczna jest jego prośba. Jednak uniemożliwiła mi to łyżeczka, która znalazła się w moich ustach, a smak czekolady rozpłynął się na moim języku. Westchnęłam, oczarowana tym, jak smaczny był ten deser, jak oczarowywał moje zmysły i pozbawiał mnie kontroli. Czułam się obezwładniona słodyczą. Co mężczyzna skrzętnie wykorzystał, dokarmiając mnie swoim deserem.
Poczułam dłoń Nuana na policzku, ciepłą, pachnącą czekoladą. Przesunął kciukiem po moich ustach, uchyliłam powieki, by zobaczyć w jakim celu. Zbierał czekoladę, której resztki zostały na moich wargach. Przez krótką chwilę pomyślałam, że to nie może się w żaden sposób zmarnować, by w następnej objąć jego palec ustami, spijając z nich ostatnie resztki przysmaku. Kiedy uświadomiłam sobie co zrobiłam, odsunęłam się nieco zbyt gwałtownie, patrząc na niego z mieszaniną zawstydzenia i przestrachu.
- Wybacz - wymamrotałam, czując jak moja twarz zaraz stopi się od gorąca. - Nie chciałam by się zmarnowało.
*
- Zdecydowanie nie masz za co przepraszać. - Pogładziłam znów jej policzek, kiedy tylko usiadła na powrót tak, bym mógł jej sięgnąć. - Bardzo mi się podoba, że zdarza ci się tracić przy mnie kontrolę. Widać taki całkowicie straszny nie jestem. - Naprawdę mnie to cieszyło. Nie chciałem, żeby Lisse się mnie obawiała... no dobrze, może odrobinę, ale nie w ten czysto negatywny sposób, który tworzy jedynie ogromny dystans. Chciałem ją poznać, sam fakt tego był niemal równie intrygujący co sama dziewczyna. Nieczęsto zdarzało mi się, żebym faktycznie się kimś interesował w jakikolwiek sposób niż ten czysto fizyczny, przy czym takie "akty poznania" kończyły się po prosu po jednej spędzonej wspólnie nocy i wypadały mi z pamięci. Teraz ciekawiło mnie nie tylko co siedząca przede mną dziewczyna ma pod ubraniem i jak smakuje, ale także to jaka jest... co lubi, czego poza zwiedzaniem zoo jeszcze nie robiła. Było to dla mnie dziwne i w pewnym sensie budziło we mnie pewien niepokój. Póki co jednak miałem coś ważniejszego, na czym mogłem skupić myśli. 
- Chyba powinnam już wracać - wyszeptała dziewczyna odrobinę nerwowo. Widać było, że obawiała się, że jej tatuś jednak ruszy na poszukiwania. Nie miałem ochoty na kończenie tego spotkania, ale z drugiej strony może lepiej, żeby dziewczyna nie miała jakichś specjalnych kłopotów. Swoją drogą nie potrafiłem zrozumieć jak niektórzy rodzice mogli kontrolować tak swoje dzieciaki. Mnie nigdy rodzice nie kontrolowali... nie mieli do tego okazji, bo i tak robiłem co chciałem. 
Zapłaciłem za kolację i wyszliśmy z lokalu. Chwyciłem dłoń dziewczyny i ruszyliśmy do samochodu, by już po chwili mknąć ulicami miasta. Nigdy nie lubiłem jeździć powoli, irytowało mnie to. Nie po to siedziałem w samochodzie sportowym, żeby wlec się koło za kołem i podziwiać widoczki. mogłem jednak wybrać nieco dłuższą trasę i odrobinę dłużej zatrzymać Lisse przy sobie. Nie, żebym wiedział dlaczego tak mi na tym zależało...
Zaparkowałem pod budynkiem agencji.
- Dziękuję za miły wieczór - rzuciła moja towarzyszka uśmiechając się przy tym słodko. 
- Miło, że jednak ci się podobało - wymruczałem, zbliżając się do niej i kiedy tylko starała się odsunąć i sięgnąć klamki, przyciągnąłem ją do siebie i wreszcie wpiłem mocno w jej usta. Dziewczyna była zaskoczona i w pierwszej chwili chciała się wyrwać, nie dałem jej jednak na to szansy. Jej usta smakowały wciąż czekoladą i czymś jeszcze... czymś ciepłym i miłym, co niezwykle przypadło mi do gustu. Z niemałym żalem odsunąłem się wreszcie od Lisse, której oczka błyszczały intensywnie, a rumiane policzki promieniowały ciepłem. 
- Zasłużyłem chyba na odrobinkę deseru, co? - spytałem, ale pozwoliłem jej wreszcie wysiąść. - Do zobaczenia - krzyknąłem jeszcze za nią i ruszyłem do domu, choć nie miałem na to większej ochoty.

Wieczór pełen wrażeń (cz.1)

Każdy krok, który stawiałam w kierunku sporego domu dla naszych pracownic, znajdującego się tuż za agencją, okupiony był niepewnością i kolejną zimną obręczą zaciskającą się na moim sercu. Podjęłam decyzję, bez uprzedniego przemyślunku. Zostałam postawiona przed pewnym wyzwaniem, które przyjęłam ot tak, pod wpływem chwili. Podekscytowana i lekko zafascynowana, nie skupiłam się nawet na konsekwencjach, które mogły z tego wyniknąć. 
- Co ja sobie myślałam - mamrotałam do siebie pod nosem, pokonując kolejne kondygnacje schodów, prowadzące na piętro mojego pokoju. Mieszkałam tu w ciągu tygodnia, wracając do rodzinnej willi tylko podczas weekendów. Oszczędzałam tym sobie czasu, a przy okazji byłam zawsze, kiedy klub mnie potrzebował. Mój ojciec, prowadzący samą agencję modelek, nie popierał tego pomysłu. Wolał mieć na mnie oko, choć mimo wszystko zrozumiał moją decyzję, a ja zamieszkałam po części w tym miejscu. Uspokajało go tylko to, że byłam naprawdę dobrze strzeżona, a nasze Damy, nie odstępowały mnie praktycznie na krok.
Weszłam do osobnego pomieszczenia, służącego za moją garderobę. Była zdecydowanie mniejsza niż w rodzinnej rezydencji, jednak pomieściła tyle ubrań, że nie musiałam się martwić, że zabraknie mi ich na różne okazje. Dodatkowo wiele ułatwiał fakt, że mój ojciec podpisał wiele kontraktów z projektantami, które zawierały także punkty o prezentach dla naszych modelek, w postaci najnowszych kreacji zupełnie za darmo. Większość nie była w stylu tych kobiet, więc kolejne takie upominki od razu trafiały do mojej sypialni.
Także tym razem.
Zdjęłam z wieszaka beżową sukienkę z szerokimi ramiączkami i rozkloszowaną spódnicą sięgającą  lekko przed kolano. Była idealna na ten wieczór. Delikatna, niewinna, niewyzywająca. Jedyny dekolt jaki posiadał to ten na plecach, okryty także beżową koronką. Dla podkreślenia talii, założyłam biały, cieniutki pasek, który nie kontrastował nadmiernie z kolorem sukienki. Równie białe były baleriny i perłowa bransoletka, którą zapięłam na prawym nadgarstku. Obróciłam się wokół własnej osi, przyglądając się uważnie w odbiciu stojącego w garderobie wysokiego lustra, które ujmowało całą moją sylwetkę. Byłam zadowolona z efektu. Wyglądałam tak uroczo, jak wyglądać chciałam. Musiałam jeszcze tylko zająć się twarzą i włosami, by dopełnić całą tę rozkoszność, którą chciałam sobą zaprezentować. Nawet nie wiedziałam dlaczego.
Przeszłam do znajdującej się obok garderoby łazienki. Małej, choć przestronnej, której dominującą barwą była biel. Białe kafelki na ścianach, przecięte w połowie srebrnym ornamentem. Białe kafelki na podłodze, które miejscami były ukryte pod puchatymi dywanikami, zmieniane co tydzień, by dodatki przystrajające to miejsce były różnego koloru. Wprowadzając w nie nieco życia.
Zmyłam wyraźny i ostry, jak na mój gust, makijaż, by zastąpić go lekkim muśnięciem rzęs tuszem i nudową pomadką, jedynie podkreślającą naturalną barwę moich ust. Długie włosy rozpuściłam i zaplotłam szybko w rozwalający się warkocz, przewiązany na końcu białą, jedwabistą wstążeczką. W końcu uznałam, że jestem gotowa. Przynajmniej jeśli chodzi o kwestie wizualne.
Jeszcze tylko musiałam zameldować się tatusiowi, jak to robiłam każdego wieczora, i mogłam wyjść na kolację z tym nieokrzesanym, zbyt pewnym siebie jegomościem.
Podeszłam do aparatu, znajdującego się na szafeczce tuż przy moim łóżku. Niestety nie posiadałam telefonu komórkowego, ponieważ problematycznym było założenie podsłuchu, jak i samo monitorowanie moich rozmów. O wiele wygodniej i łatwiej było, by ten podsłuch istniał właśnie w telefonie stacjonarnym. Mój ojciec był po prostu... Nad wyraz ostrożny, jeśli chodziło o moją osobę. Jednak nie czułam się z tego powodu specjalnie skrzywdzona.
- Witaj, tatusiu - zaszczebiotałam radośnie do słuchawki, ignorując irytujące pikanie gdzieś po drugiej stronie. Był to znak, że osoby trzecie ingerowały w rozmowę. - Chciałam ci powiedzieć, że chyba znalazłam inwestora do twojego nowego projektu!
- Tak, słonko? A konkretniej? Jestem trochę zajęty - gburowaty głos dobiegł moich uszu. Zapewne znów nie do końca zwracał uwagę na to co mówię, zajęty kolejnymi kampaniami, mającymi na celu wypromować agencję także na kontynencie Azjatyckim.
- Niejaki Nuan Clerwill, przyszedł do naszej agencji oferując usługi swojej firmy - zaczęłam, zmieniając nieco kontekst całego zdarzenia, by tatuś niczego nie podejrzewał. - Znalazł czas dzisiejszego wieczora, by omówić ze mną dokładne szczegóły tego... W jaki sposób ta pomoc może wyglądać. I pomyślałam...
- Idzie z wami Diego? - przerwał mi tatuś, nim dokończyłam zadanie. Zapewne przeczuwał, że znów poruszę temat sfinansowania mojej edukacji w Paryżu, na którą nie chciał się zgodzić. Jakby faktycznie ktoś chciał mnie skrzywdzić i zagrażał mojemu życiu.
- Tak, tatusiu - odparłam ponuro, wiedząc, że coś przegrałam już na samym starcie, przed rozwinięciem się rozmowy.
- Masz zameldować się, gdy wrócisz - dodał tylko, nim w słuchawce rozległ się dźwięk przerwanej rozmowy. Westchnęłam ciężko, odkładając telefon na miejsce.
Skoro to miałam już z głowy, mogłam udać się do mojego gościa. Zabrałam z szafeczki jasną kopertówkę, w której mieściły mi się szminka, klucze od lokalu i pieniądze, którymi mogłam zapłacić za taksówkę, w razie gdyby mężczyzna zostawiłby mnie samą zaraz po kolacji.
Zjeżdżając windą w dół, z powrotem do miejsca, gdzie zostawiłam mojego towarzysza, modliłam się w duchu by wciąż tam był. By siedział niedbale przy stoliku, pijąc kolejną lampkę wina. Miałam także cichą nadzieję, że przez moją, wszakże krótką, nieobecność, nie skorzystał z oferowanych mu usług. Przymknęłam oczy, próbując uspokoić szalejącą burzę w moim umyśle i wyciszyć to podekscytowanie, które szarpało moim sercem.
*
Siedziałem wygodnie, rozglądając się po sali, wodząc wzrokiem za przewijającymi się wciąż kobietami. Każda z nich mogła pochwalić się sporą urodą poprawioną odpowiednim makijażem i przytłumionym oświetleniem, które wszystko spowijało aurą tajemniczości. Widziałem jak kobiety odwzajemniały spojrzenie, jak uśmiechały się pięknie, obracając się tak, bym mógł bez skrępowania podziwiać ich atuty. Chętnie zapoznałbym się z ich wdziękami bliżej i dogłębniej, a mimo to... czekałem. Zamiast posadzić sobie jedna z kobiet na kolanach, siedziałem sącząc powoli wino. Przez ułamek chwil szczerze zastanawiało mnie dlaczego tak jest... Dlaczego na kogokolwiek czekam... Może byłem już znudzony łatwym seksem? Potrzebowałem chyba odmiany, może małego wyzwania? I trochę tego dziwnego ciepła...
Pokręciłem głową, odpędzając dziwne myśli i wstałem, bo moja towarzyszka właśnie na powrót przede mną stanęła. Musiałem przyznać, że w tej delikatnej i dziewczęcej wersji podobała mi się może nawet bardziej, niż w gorącej czerwieni, jaką nosiła wcześniej. Zostawiłem jeszcze na stoliku pliczek banknotów i ruszyłem do wyjścia przepuszczając dziewczynę przodem.
- Aż dziw, że jednak nie uciekłaś - zaśmiałem się spoglądając na jej lekko rumiana buzię.
Wyszliśmy i skierowaliśmy się na parking. Otworzyłem drzwi pasażera przed dziewczyną i w pośpiechu okrążyłem samochód. Drab planował wsiąść na tylne siedzenie z mojej strony, ale nie zdążył, bo chwyciłem go za bety, podciąłem mu nogi i zdzieliłem w kark, tak, by opadł na ziemię z ogromnym zaskoczeniem, malującym się na przepitym pysku. Migiem wsiadłem do auta i odpaliłem silnik. Ledwie ruszyłem, a musiałem sięgnąć do drzwi pasażera, które dziewczyna chciała otworzyć.
- Nie radzę, chyba, że chcesz sobie bardzo mocno potłuc ten zgrabny tyłeczek - rzuciłem i zablokowałem drzwi.
- Mieliśmy umowę - dziewczyna spojrzała na mnie z wyrzutem i lekkim strachem.
- Ale widzisz, Słoneczko, lubię naginać zasady, a nawet je łamać - wyjaśniałem i uśmiechnąłem się do niej pięknie, by zaraz wcisnąć pedał gazu.
- Dokąd mnie wieziesz? - spytała.
- Mieliśmy zjeść kolację... I nie martw się, reszty nie zamierzam łamać. Przynajmniej na razie.
*
- I myślisz, że uwierzę? - prychnęłam, ciągnąc za klamkę dla upewnienia, że faktycznie drzwi były zablokowane. Były, nie chciały ustąpić pod naciskiem i uratować mnie z opresji. Przyjrzałam się szybie, zastanawiając się czy mogłabym ją wybić silnym uderzeniem. Zapewne była pancerna, a ja tylko złamałabym sobie rękę. Siedziałam więc posłusznie na siedzeniu pasażera, nerwowym ruchem pociągając za perłowy kolczyk.
- Jeśli uciekniesz, nigdy się nie dowiesz - mruknął, uśmiechając się do mnie tym swoim krzywym uśmieszkiem. Odruchowo odwzajemniłam gest, przyglądając się mężczyźnie z lekką dozą sympatii. To nie tak, że się go bałam. Czułam się podekscytowana i zafascynowana tą całą sytuacją i chciałam wiedzieć co będzie dalej. Jedynym czego się bałam to tego, co będzie gdy mnie znajdą. Zapewne nie wyjdę z pokoju do końca życia, a tatuś załatwi mi prywatną nauczycielkę i będę mogła zapomnieć o zewnętrznym świecie.
- Nie dowiem się też, kiedy tatuś wyśle za nami swoich osiłków - westchnęłam ciężko, mając świadomość tego, że stanie się to lada chwila, gdy tylko Diego się ocknie.
- Uważasz, że nas namierzą? - zapytał mężczyzna, unosząc wysoko jedną brew w wyrazie zaskoczenia. Prychnęłam jedynie, uważając, że nie muszę na to pytanie udzielać odpowiedzi. Chyba oczywistym było, że skoro wspomniałam, że tatuś za nami kogoś pośle, to doskonale będą wiedzieć jak nas znaleźć. W żadnym innym wypadku nie poruszyłabym tego tematu.
- A jak niby mieliby to zrobić? - zapytał, zatrzymując samochód, kiedy powitało nas kolejne czerwone światło. Oparł rękę o zagłówek siedzenia pasażera i wlepił we mnie to irytujące, niezwykle pewne siebie spojrzenie.
- Nie wiem. - Przełknęłam głośno ślinę, wciskając się bardziej w fotel. Odruchowo sięgnęłam do kolczyka, bawiąc się nim zawzięcie, jakby mógł mnie przed czymś uratować. W tym przypadku - przed pochylającym się w moją stronę Nuanem. Wstrzymałam oddech, nie mogąc odwrócić wzroku od oczu mężczyzny, przyjmując jarzące się w nich wyzwanie. Nie czaiło się w tym nic dobrego, a ja niczym ćma do ognia, lgnęłam za tym.
Jedną dłonią przytrzymał moją twarz, bym się nie odwróciła, choć nawet przez myśl nie przeszło mi, by zrobić coś takiego. Zadrżałam, kiedy poczułam jak ustami muska moje ucho. Pociągnął w delikatnej pieszczocie jego płatek, by zaraz złożyć w tym miejscu kolejny pocałunek. Otrzeźwiło mnie trąbienie zniecierpliwionych kierowców, którzy stali w korku za nami, oczekując, aż Nuan ruszy.
Popchnęłam go mocno, z całej siły, odsuwając od siebie na przyzwoitą odległość.
- Złamałeś kolejną zasadę! - burknęłam, patrząc z wyrzutem na jego zadowoloną minę zwycięscy. Z zaskoczeniem zauważyłam, że wyjmuje z ust mój kolczyk i opuszcza szybę. Nie zajęło mi zbyt wiele czasu dojście do tego, co planował, więc zadziałałam niemalże instynktownie. - Hej! - krzyknęłam, odpinając pas i wychyliłam się w jego kierunku, próbując sięgnąć po swoją własność. Zrobiłam to jednak zbyt wolno, bo już po chwili piękna, perłowa ozdoba wyleciała przez okno, obijając się na pożegnanie o bok samochodu. - To był mój ulubiony komplet! Dlaczego?!
*
- Nie chcę, żeby ktoś nam przeszkadzał - rzuciłem ruszając z piskiem opon dalej.
Trzeba było przyznać, że obecność urządzeń namierzających była dość zaskakująca. Moja towarzyszka musiała być kimś ważnym, przynajmniej dla tego, kto pragnął kontrolować każdy jej krok. Mimo tego, jak dziewczyna prezentowała się w lokalu, w chwili, gdy mnie przywitała, coraz bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że jest raczej ułożoną dziewczyna z dobrego domu, a nie małolatą szukająca wrażeń i sponsora. Coraz mniej pasowało mi jej zajęcie. Sprawiała wrażenie mądrej, wrażliwej i delikatnej. Takie dziewczyny nie pasują do burdeli, szczególnie tych na poziomie, gdzie kobiety oddawały swoje wdzięki dobrowolnie, a nie będąc zastraszane i bite. Nie wydawało mi się też, żeby dziewczynie brakowało pieniędzy. Była zbyt pewna, nosiła głowę wysoko, dobrze czując się w drogich ubraniach i pośród bogatych wnętrz. Chciałem poznać jej sekret... dowiedzieć się o niej czegoś.
Skręciłem na rozległy parking przed jedną z najlepszych restauracji w mieście. Szybko wysiadłem z samochodu i okrążyłem go, kiedy moja towarzyszka również postanowiła w pospiechu opuścić pojazd.
- Dokąd to? - spytałem, chwytając jej dłoń, a następnie obracając dziewczynę tak, by stanęła przodem do mnie i tyłem do samochodu. Wystarczyło kilka kroków, a jej zgrabny tyłeczek oparł się o karoserię. Splotłem palce z jej wzmacniając lekko uścisk. - Mieliśmy zjeść kolację...
- Złamałeś już zasady - fuknęła, jej oddech jednak słodko przyspieszył, a na policzkach wykwitł lekki, ciepły rumieniec, który dodawał jej ogromnego uroku.
- Tylko trzy. Czwarty wciąż mogę spełnić - pogładziłem ją po policzku, lekko muskając kciukiem jej dolną wargę. Miałem ogromną ochotę posmakować tych lekko rozchylonych ust. Sprawdzić czy są tak miękkie, ciepłe i słodkie, na jakie wyglądały. Zrobiłbym to, gdy jednak schyliłem się odrobinę, chcąc wcielić swój plan w życie, dziewczyna zadrżała. W jej oczkach ujrzałem przebłysk strachu, który dziwnym trafem bardzo mi się nie podobał.
Odsunąłem się nieco od mojej towarzyszki. Na tyle, by mogła odetchnąć, ale nie na tyle, by miała jakiekolwiek szanse choć próbować mi uciec.
- To jak... Wyjawisz mi swoje imię i pójdziemy coś razem zjeść czy jednak wolisz próbować mi uciec? - musiałem przyznać, że druga opcja jeszcze do niedawna wydawałaby mi się zdecydowanie bardziej pasjonująca i podniecająca przede wszystkim. Teraz jednak faktycznie chciałem spędzić trochę czasu z tą drobną istotka wpatrującą się we mnie ciemnymi oczyma.

niedziela, 10 kwietnia 2016

Nie wszystko można przeliczyć na pieniądze

- Nuan, przestań wreszcie - upomniała mnie matka, kiedy mignąłem po raz kolejny i zacząłem się bawić swoim nowo nabytym, gadzim jęzorem. 
Który to już raz tu przylazła, upominając mnie i próbując nakłonić do tego, żebym zajął się czymś pożytecznym, ważnym... Problem był taki, że to ona uważała, że to ważne. Może faktycznie dla niej było, bo dla mnie ani trochę. Nie interesowały mnie biznesowe spotkania ojca, w których w teorii powinienem uczestniczyć jako osoba, która kiedyś ma odziedziczyć interes. Nie interesowały mnie przygłupie, potulne myszy z "dobrych" rodzin, które próbowała mi niemal siłą wciskać matka. No bo przecież powinienem być poważny, ustatkować się, interesować się tym, co się wokół mnie działo... A ja miałem to bardzo głęboko gdzieś. No serio... Mojej rodzince od zawsze dobrze się wiodło, w końcu jak się żyje po ładnych kilka stuleci, to można się dorobić niezłych sumek. Udało im się oczywiście i w gruncie rzeczy, choćby i tysiąc najbliższych lat kasą szastał, to nie zdołałbym roztrwonić tego, co ojciec skitrał na różnych kontach bankowych. 
- Nudzę się - jęknąłem znów migając i wracając do wygodniejszej postaci.
- Ojciec niedługo wróci, później ma spotkanie z dyrekcją, mógłbyś mu dotrzymać towarzystwa, poznać ludzi... - A nie mówiłem? Zawsze tak było. Ja potrzebowałem rozrywki, a ci w koło o obowiązkach. Bla bla bla...
Ledwie matka wyszła, kończąc tyradę, a wszedł ojciec. Służąca podała mu szybko obiad, a do tego kupkę kopert. Widać było, że staruszek jak zwykle wpadł na szybko coś zjeść i zaraz wyfrunie, żeby wrócić dopiero późnym wieczorem. Ja wolałem leżeć na kanapie, póki do głowy nie wpadnie mi coś, czym mógłbym się zająć, najlepiej do białego rana. 
Moje rozmyślania i wyliczanie w myślach wszystkich barów, dyskotek i innych lokali, w których mogłoby dziać się coś ciekawego, przerwał odgłos rzężącego ojca. 
- Boże drogi, czy ci ludzie już powariowali? - warknął oburzony, wpatrując się w trzymaną przez siebie kartkę. Nie mogłem nie podejść i nie sprawdzić cóż go tak wyprowadziło z równowagi, szczególnie, że u mojego ojca była to niezwykle ciężka sztuka. 
Wyjąłem więc kartkę z jego dłoni, porywając przy tym i pachnącą kopertę i zagłębiłem się w treść listu.
- Bomba! - zawołałem uradowany, obracając w dłoni niedużą kartę z pięknie naniesionymi napisami w złotym kolorze. 
- Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że masz zamiar tam iść! - usłyszałem i pewnie nasłuchałbym się jeszcze, gdyby nie to, że z uśmiechem na ustach, niemal wyfrunąłem z domu. 
Zatrzymałem samochód przed znanym mi już budynkiem. Z agencji modelek korzystała spora grupa pomagierów ojca do spraw reklam. W końcu wszystko wyglądało ładniej w zestawieniu z ładnymi kobietami, szczególnie kiedy było cholernie drogą biżuterią. Nie miałem pojęcia, że interes, który tu kwitł miał drugie dno, ale adres jak najbardziej się zgadzał. 
Dziarskim kroczkiem wszedłem do środka, długonoga blondynka, która siedziała w recepcji od razu zwróciła na mnie uwagę i uraczyła mnie przemiłym uśmiechem. 
- W czym mogę pomóc? - zaszczebiotała. Nic dziwnego, że mieli tu nawał klientów, skoro była tu taka obsługa. 
- Byłbym zainteresowany małą... przysługą - podałem dziewczynie kartę. Ta spojrzała na mnie z uśmiechem, by po chwili coś sprawdzić. 
- Pan wybaczy, ale chyba zaszło nieporozumienie. Zaproszenie było dedykowane komuś innemu - wyjaśniła po chwili, wciąż uprzejmie, ale z nutą podejrzliwości. 
- A ile mam zapłacić za taką kartę wstępu? Tysiąc? Dziesięć? Może sto? - spytałem i wyciągnąłem portfel, by otworzyć go, dbając przy tym, by dyskretny wzrok recepcjonistki mógł spocząć na jego zawartości.
- Proszę chwilkę zaczekać - rzuciła z uśmiechem i odsunęła się nieco, by sięgnąć po telefon. 
Rozejrzałem się nieco po wnętrzu, obrzucając uważnym wzrokiem wyeksponowane fotografie, przedstawiające tutejsze modelki. Dziewczyny spoglądały w obiektywy, jedne kusząco, lekko rozchylając usta, inne niewinnie ze słodkimi uśmiechami na ślicznych buziach. Zdecydowanie było tu na czym oko zawiesić. 
- Proszę za mną. - Blondynka przeszła obok mnie, kołysząc biodrami, by zaraz później otworzyć dla mnie windę i wcisnąć jeden z przycisków. - Życzę miłego pobytu - zaszczebiotała jeszcze.
Ledwie drzwi windy się otworzyły, a moje zmysły zostały niezwykle miło zaatakowane. Przyjemna, delikatna muzyka, słodki zapach jaśminu i przytłumione światło, które zdawało się snuć między gustownie dobranymi elementami wystroju. Nigdy bym nie pomyślał, że w tym mieście może kryć się takie miejsce. 
Wystrój wnętrza jednak przestał mieć znaczenie kiedy stanęła przede mną szczupła brunetka w długiej, szkarłatnej sukience. Była młodziutka i... śliczna. Patrzyła na mnie wielkimi, ciemnymi oczyma, a na jej pełnych ustach widniał ciepły uśmiech.
- Zapraszam. - Drobną dłonią wskazała mi kierunek, prowadząc mnie do jednego ze stolików, przy którym rozsiadłem się wygodnie. Podała mi kartę, na której widniały podobne złote napisy jak na karcie wstępu, podczas gdy inna dziewczyna podała mi kieliszek czerwonego wina. 
- Gdy się pan zdecyduje proszę dać mi znać - usłyszałem, kiedy przewróciłem kilka stron "Menu". 
Odłożyłem kartę serwowanych tu dań i spojrzałem znów na dziewczynę, która stała czekając cierpliwie na mój wybór. 
- Chcę ciebie - stwierdziłem po prostu.
*
- Przykro mi, nie oferuję takich usług. Nie jestem na sprzedaż - odparłam spokojnie, kątem oka wyłapując rozbawione spojrzenie Elle, która dzisiaj pełniła rolę kelnerki podającej klientom wino. Z moich ust nie schodził miły uśmiech, dopracowany do perfekcji przez te wszystkie miesiące mojej pracy tutaj, kiedy to musiałam stawiać czoła różnym propozycjom. Milszym lub mniej, jednak zdarzającym się dość często. Rozumiałam też doskonale dlaczego tak jest. Mężczyźni niekiedy woleli wybrać kobietę, z którą mieli jakąś styczność, zobaczyli jak prezentuje się na żywo. Jako, że była to agencja modelek, mogli nie ufać temu, co ujrzeli na zdjęciach. W końcu nie ukrywamy tego, że nasi graficy nie raz ratowali nasze damy z opresji, kiedy ich usta zaatakowała opryszczka, albo makijaż nie był w stanie ukryć sińców pod oczami, spowodowanych brakiem snu, na który wielokrotnie się narażały.
Pozwoliłam sobie przysiąść tuż obok mężczyzny, nie oczekując na jego zgodę. Przysunęłam do siebie kartę, którą otworzyłam, wskazując palcem na kolejne panie, które z chęcią towarzyszyłyby naszemu dzisiejszemu, niezaproszonemu odgórnie klientowi. - Ta jasnowłosa piękność to Vi. Jest tu nowa, jednak swoimi umiejętnościami zachwyciła nie jednego. Warto dać jej szansę, by samemu się przekonać, jak cudownie może być w jej ramionach - mówiłam, wyrażając się pochlebnie o swoich koleżankach. Robiąc im reklamę, by zachęcić mężczyznę do zainteresowania się nimi i zostawienia w klubie niemałych pieniędzy. Starałam się usilnie nie zerkać na gościa, nie przyglądać się z trudno skrywanym zachwytem przystojnej twarzy, mocnym, niemalże szlacheckim rysom. Miałam z tym ogromne problemy, co rusz uciekając wzrokiem w jego kierunku, by zaraz znów uparcie wpatrywać się w kartę, by nie dać po sobie niczego poznać. Dostrzegłam, że nie tylko ja tak odbierałam gościa. Również kobiety, przewijające się przez pomieszczenie, rzucały mu ukradkowe spojrzenia, rumieniąc się przy tym wściekle. Z niechęcią przyznałam im rację, mężczyzna był przystojny, nawet bardzo. Nie rozumiałam do końca czego, ktoś nie dość że majętny, to jeszcze posiadający zachwycającą aparycję, szukał w takim miejscu jak to. Zapewne mógłby mieć każdą i to bez konieczności wydawania grubych pliczków pieniędzy za chwilę przyjemności. - Naszym numerem jeden jest Ye Meili, wielu klientów wraca tylko dla niej. Urodzona w Tajlandii, zachwyca nie tylko urodą, ale także i niezwykle wygimnastykowanym ciałem. Jeżeli nie jest pan pewny, której Damy towarzystwo byłoby mile widziane, za drobną opłatą oferujemy krótkie spotkanie, by swobodnie mógł pan ocenić jej przyjemne dla oka walory i wdzięki. Oczywiście, jeżeli nasz wybór nie przypadnie panu do gustu, może pan swobodnie zmienić ofertę.
*
Wysłuchałem niemal grzecznie tego co dziewczyna miała mi do powiedzenia, jednak nie kwapiłem się, by choćby zerkać na zdjęcia, które starała się mi pokazać. Po prostu mnie nie interesowały. Co innego siedząca obok mnie istotka, od której wyczuć mogłem dziwne, ale niezwykle przyjemne ciepło.
- Możesz mi tu każdą przyprowadzić, ale nic ci to nie da. Chcę ciebie - powtórzyłem i wyciągnąłem dłoń, by pochwycić kosmyk jej długich, lśniących włosów i obrócić go w palcach.
Stojący opodal osiłek zrobił krok w moim kierunku, przyglądając mi się spode łba z wyraźną chęcią wywleczenia mnie z lokalu siłą. Jakież to było urocze, że tak poważnie traktował swoją pracę. Szkoda tylko, że nie bardzo wiedział z czym ma do czynienia. Cieni nie było wiele, a moja rodzinka skrzętnie ukrywała naszą prawdziwą naturę. Nie miałem pojęcia po co, w końcu dla mnie pokazywanie siły było czymś normalnym i lubiłem gdy inni ją widzieli. Uwielbiałem być w centrum uwagi i dawać innym świadectwa tego, na co mnie stać. Miałem jednak kategoryczny zakaz migania w miejscach publicznych, rzucania ludźmi jak szmacianymi lalkami i takie tam. Ojciec groził mi nawet, że odetnie mnie od kasy jeśli za bardzo nabroję. Zupełnie jakby mógł to zrobić...
- Mówiłam już panu, że... - zaczęła znów ślicznotka, ale przerwałem jej.
- Nie rozumiemy się chyba. Chcę ciebie i nie wyjdę stąd dopóki nie zgodzisz się wyjść ze mną. A w razie potrzeby kupię całe to miejsce i w pierwszej kolejności wyrzucę jego - wskazałem na draba opodal - na zbity pysk, zaraz po tym jak go porządnie obiję. Z góry ostrzegam, że jestem uparty i nie dam się w żaden sposób zniechęcić.
Dziewczyna spojrzała na mnie uważnie, chyba oceniając do czego jestem faktycznie zdolny. Tak się składało, że naprawdę wiele rzeczy potrafiłem zrobić, kiedy czegoś chciałem.
Uniosłem kieliszek i upiłem łyk wina. Było naprawdę dobre, lekko słodkawe i niezwykle aromatyczne. W dziwny sposób pasowało do wszystkiego tutaj.
- To jak? Podasz mi cenę za odrobinę swojego towarzystwa na dzisiejszy wieczór, czy mam zgadywać?
*
Słysząc ofertę trudną do odrzucenia wyprostowałam się nagle, spoglądając na mężczyznę, jakby wyrosły mu czułki a jego skóra pokryła się piękną, wiosenną zielenią. Przygryzłam lekko wargę, powstrzymując śmiech, duszący mnie w gardle. Chciałam go wyśmiać, poprosić Diego, by wziął ze sobą gościa i zaprezentował jak ślicznie wygląda nasz budynek od zewnętrznej strony, ale coś mi nie pozwoliło. W spojrzeniu mężczyzny dostrzegłam dziwne iskry, które trzymały mnie posłusznie w miejscu i nakłaniały moje myśli do rozważenia jego oferty. No... Może nie w pełnej krasie, z drobnymi zmianami i wprowadzonymi przez siebie zasadami.
- Ach... Doprawdy? - wymsknęło mi się, mierząc uważnym spojrzeniem jego sylwetkę. Siedział wygodnie rozparty na kanapie, obitej czerwonym, chłodnym w dotyku materiałem. W dłoni trzymał kieliszek z winem, tak lekko, jakby zaraz miał go upuścić, a czerwony trunek zabarwi biały obrus. Patrzył na mnie, a na jego twarzy mogłam dostrzec wyraźne zniecierpliwienie.  Krzywy uśmieszek tylko dopełniał wrażenia, że jedyne na co teraz czeka, to moja zgoda.
- Więc? Długo mam czekać? - mruknął, odstawiając szklane naczynie z cichym trzaskiem na blacie stolika. Oparł rękę na oparciu tuż za moimi plecami, przybliżając się do mnie. Poczułam jak chwyta palcami kosmyki moich włosów, bawiąc się nimi i pociągając je lekko.
Byłam dziwnie zafascynowana tą sytuacją. Zafascynowana na tyle, że zapomniałam przejąć się jego bliskością i zarumienić się, gdy znacznie naruszył moją osobistą przestrzeń. Jeszcze nigdy nie zdarzyło się, by ktoś tak bardzo chciał akurat mojego towarzystwa. Wystarczyło zwykle postawić przed klientem jedną z naszych dam, wysoką, smukłą, hojnie obdarzoną przez naturę lub chirurga. Wtedy zanikałam i miałam chwilowy spokój. Teraz, siedzący obok mnie mężczyzna, nie przyjmował odmowy. Korciło mnie, by sprawdzić go i zaprosić Ye Meili do stolika. Oddalić się i zobaczyć jak potoczy się to dalej.
- Pięćdziesiąt tysięcy? - Podał pierwszą ofertę, pochylając się w moim kierunku.
Zaczerpnęłam głośno powietrze, odpychając gościa, by zachować pewną odległość, która dawała mi możliwość, by swobodnie zbierać myśli.
- Zgodzę się. - Uśmiechnęłam się słodko, przechylając lekko głowę na bok. To co się działo było naprawdę intrygujące, sprawiało, że przez każdą komórkę w moim ciele przechodził przyjemne dreszcze ekscytacji.
Mój uśmiech poszerzył się, gdy jego twarz przybrała wyraz dumnego, próżnego samca, który miał pod sobą cały świat.
- Zgodzę się na kolację z tobą. Mam jednak kilka warunków - zastrzegłam, rozkoszując się kolejnym krzywym, mniej pewnym uśmieszkiem i zmarszczonymi brwiami. - Po pierwsze. - Odgięłam jeden z palców, wyliczając tę niewielką ilość zasad. - Będzie to tylko kolacją. Po drugie, masz każdą część swojego ciała trzymać co najmniej 30 centymetrów ode mnie. Po trzecie, żadnego dotykania, nie ma najmniejszych szans, że cokolwiek między nami będzie miało miejsce. I na koniec - zawiesiłam na chwilę głos, uśmiechając się triumfalnie. - Osiłek idzie z nami.
*
- Uparta z ciebie sztuka - zaśmiałem się krótko.
Warunki dziewczyny i oczywiście ona sama, dziwnie mnie fascynowały, nawet jeżeli przywykłem do innego traktowania. Kobiety, i nie tylko kobiety z resztą, nie zwykły mi odmawiać. Wręcz przeciwnie, często same pakowały mi się w objęcia. W końcu która kobieta nie lubiła przystojnych, bogatych, a do tego i niebezpiecznych mężczyzn? Każda chciała jak najlepiej skorzystać z tego co mogłem im zaoferować, a było tego sporo. Być może sytuacja, w której się teraz znajdowałem powinna mnie irytować, w końcu to nie ja miałem pełna kontrolę nad tym, co się działo, a musiałem się nią w sporym stopniu podzielić z nieznajomą. Oczywiście istniała opcja by po wyjściu stąd po prostu okręcić łeb drabowi i postawić na swoim, ale, co niezwykłe, takie krótkoterminowe rozwiązanie jakoś mnie nie satysfakcjonowało. Musiałem więc pograć w jej grę. Co ciekawe nie przypominałem sobie, żebym wcześniej robił coś podobnego, szedł na kompromisy czy wręcz przyjmował czyjeś warunki. Nawet moi ukochani rodzice mieli w tej kwestii ze mną wiecznie pod górkę i to stromą.
- Więc? - spytała wpatrując się we mnie, a w jej ciemnych oczach czaiło się nic innego jak wyzwanie. Niesamowite, naprawdę... Coraz bardziej mi się podobało.
- Zgadzam się - rzuciłem, z przyjemnością przyjmując niezadowolony pomruk ochroniarza. Facet najwidoczniej nie miał najmniejszej ochoty stad wychodzić, szczególnie jeżeli w pobliżu miałem być ja. - To co, wychodzimy czy masz jeszcze zamiar nieco przypudrować nosek?
*
Podniosłam się z krzesła, chcąc odejść, jednak zatrzymałam się w miejscu, patrząc przez chwilę na mężczyznę z zamyśleniem. Szczerze mówiąc, byłam przekonana, że kolacja odbędzie się w innym terminie. Lub w ogóle jej nie będzie, bo uzna, że nie ma to sensu i woli skorzystać z łatwiejszej formy rozrywki. Jego odpowiedź nieco mnie zaskoczyła, a jednocześnie... Mile połechtała moje ego. Nie sądziłam, że bycie niejako adorowaną, może być takie przyjemne.
- Muszę się przygotować - odparłam po namyśle, zaciskając palce na czerwonym materiale sukienki. Byłam w stroju roboczym i nie wypadało, bym pokazała się tak ubrana w restauracji. Nawet jeśli była to sukienka długa, zakrywająca wszelkie wdzięki, nie wyglądała przyzwoicie. - Więc niech pan tu na mnie zaczeka. W między czasie, może pan raz jeszcze przejrzeć menu i skorzystać z naszej oferty, jeśli znudzi się panu czekanie - uśmiechnęłam się uroczo, w myślach dokańczając zdanie, że gdy jednak to zrobi, o kolacji możemy zapomnieć. Nie czekając na jego odpowiedź, odeszłam od stolika i pospiesznym krokiem skierowałam się do windy.
Musiałam naprawdę wiele przemyśleć, w bardzo krótkim czasie.